Loading...

NAMIBIA

Podróż od Cape Town to Zimbabwe odbywaliśmy (niekoniecznie ku naszemu zachwytowi) autobusem. Kiedy zobaczyliśmy ten dość „zmęczony” pojazd, zachwytów nie było. Krytyka była dość powszechna, szczególnie, że ten autobus pojawił się wraz z naszym nowym przewodnikiem – Romanem. To jemu w pierwszej kolejności dostało się za „murzyński autobus’ - jak ktoś z grupy to określił. Roman ze stoickim spokojem wziął wszystkie komentarze „na klatkę” i kiedy wreszcie udało mu się upchać wszystkie bagaże i wszystkich uczestników wycieczki autobusie – ruszyliśmy w drogę. Roman który mieszka w RPA od 1982 roku i od wielu lat pilotuje liczne wycieczki po Afryce ze spokojem praktyka wytłumaczył nam dlaczego taki a nie inny pojazd wybrał na drogę. Otóż jak się później okazało, drogi na terenie RPA są na ogół dobre i utwardzone. Inaczej sprawa wygląda jak zaczyna się jeździć po Namibii, Botswana i Zimbabwe. Wiele dróg to utwardzony tłuczeń, często tylko ujeżdżony piasek. Wyboje i kurz. Żaden inny autobus by takich dróg nie wytrzymał i utknęlibyśmy po drodze „w luksusie” ale bez szansy na dojechanie do celu.

Ostatnia noc w RPA wypadła w przygranicznym miasteczku Springbook. Bardzo pustynny i niezwykle upalny rejon (do momentu, kiedy słońce było widoczne). Natomiast już krótko po zachodzie słońca temperatura gwałtownie spadała. Szybko okazało się, że krótkie rękawki są niewystarczające by swobodnie rozkoszować się darami Południowej Afryki – czyli doskonałymi winami. Szybka zbiórka ranem, ostatnie zakupy w „ostatnim dużym sklepie” po drodze do granicy i byliśmy w drodze do Namibii.

Pierwszym punktem programu był Fish River Canion. Jest to największy kanion w Afryce i jedna z najbardziej odwiedzanych atrakcji turystycznych w Namibii. Ma on długość około 160 kilometrów, w niektórych miejscach szerokość do 25 kilometrów a głębokość do około 550 metrów. Zdecydowanie bardzo majestyczny, ale też zdecydowanie niebezpieczny. My jako typowi turyści popatrzyliśmy na kanion z punktu widokowego i po 30 minutach oglądania (a około 3 godzin dojazdu {wiadomo AFRYKA}) ruszyliśmy w dalszą drogę. Natomiast ten kanion jest ponoć od lat ogromną atrakcją dla „twardzieli”, którzy odważą się na zejście wgłąb kanionu. Ta trasa jest ze względu na panujące tu niezwykle wysokie temperatury – dostępna od Maja do Września (tutejsza zima). Roman opowiedział nam, że kilka lat temu zgłosiła się do niego około 30 osobowa grupa miłośników sportów ekstremalnych z Polski, która chciała „zaliczyć” ten kanion. Wszyscy uczestnicy tej grupy trenowali i pracowali nad formą przez prawie rok. Mieli doskonały sprzęt (buty, plecaki, namioty, śpiwory). Kiedy przybyli na miejsce i nastąpiło zderzenie chęci i marzeń z rzeczywistością – prawie wszyscy zrezygnowali z zejścia w głąb kanionu. Pozostało tylko 4 śmiałków. Roman, który nie planował brać udziału w tej wyprawie, uległ namowom i jak sam powiedział podjął „najgłupszą” decyzję życia dołączając się do tej czwórki. Sama trasa ma 86 kilometry i trwa 4 dni. Każdy uczestnik musi nieść swoje zapasy jedzenia i wody (bo wody pitnej w kanionie nie ma). Plus oczywiście cały sprzęt. Kiedy wreszcie po licznych przygodach i wielu problemach dotarli do końca tej trasy – byli oni na granicy ludzkiej wytrzymałości. Nigdy więcej i za żadne pieniądze! Tak posumował swoją opowieść.

Może nie wszyscy wiedzą, ale Namibia była przez lata kolonią Niemiecką i do dziś widoczne tu są wpływy niemieckie a kraj ten odwiedza bardzo wielu Niemieckich turystów. Wielu lokalnych „czarnych” mieszkańców płynnie mówi po niemiecku i praktycznie każdy z nich zaczynał rozmowę z nami od tego języka. Namibia ma tylko 2.5 miliona mieszkańców i głównie bardzo pustynny charakter. Większość wybrzeża Atlantyckiego to bardzo nieprzychylne miejsca przy których setki statków zatonęło i dziesiątki tysięcy rozbitków zmarło z wycięczenia. Nie bez powody duża część wybrzeża nosi nazwę Skeleton Coast (wybrzeże kościotrupów). Ta bardzo nieprzychylna ziemia ma ogromne zasoby mineralne oraz ogromne złoża kamieni szlachetnych i półszlachetnych. W przeszłości ponoć diamenty znajdowało się na plażach czy na pustyni. Dziś tak można znaleźć kamienie półszlachetne. Uran, węgiel, złoto – nie buduje się tu kopalni. Je wydobywa sięodkrywkowo i przy pomocy spychacza.

Na pewno wart wspomnieć, że w Namibii udało nam się przekroczyć zwrotnik Koziorożca. Jest to punkt do którego dociera słońce najdalej w swojej pozornej podróży wokół ziemi na południowej półkuli. W dniu przesilenia zimowego czyli w dniu 21 Grudnia słońce stoi pionowo nad tym zwrotnikiem. Na północnej półkuli zaczyna się zima, na południowej lato.

Inną ogromną atrakcją Namibi – są największe (lub jedne z największych) na Świecie pustynne wydmy. Dotarliśmy do nich wyboistą drogą po nocy spędzonej w lokalnym hoteliku. Muszę przyznać, że widok wydm, które powoli wyłaniały się z pustyni (do której już zdążyliśmy sięprzyzwyczaić) był niesamowity. Przede wszystkim kolor. Coś pomiędzy złotym piaskiem a zmieloną drobno cegłą. Kiedy podjechaliśmy do parku narodowego w Sossusvlei i po opłaceniu wstępu zaczęliśmy zapuszczać się jedyną drogą w głąb „lądowej” zatoki z dwóch stron otoczonej majestatycznymi wydmami – przestałem rozmawiać i dosłownie wchłaniałem widok. Ale dopiero kiedy dotarliśmy na miejsce i wysiedliśmy z „jako tako” chłodzonego autobusu – poczułem się jak w piekarniku. Upał trudny do zniesienia, drobny pył niesiony wiatrem, ogromna wydma i kilka jakimś cudem na wpół wyschniętych drzew dających namiastkę cienia. Większość grupy rzuciła się na wspinaczkę by dotrzeć na szczyt wydmy. Niektórzy poddali się po paru krokach! Ja dotarłem do połowy ale to było wszystko co mogłem zrobić stąpającpo rozgrzanym „do czerwoności piasku”. Ci co dotarli na sam szczyt (między innymi Agnieszka) – stali w upale i piasku niesionym wiatrem patrząc na bezkresne morze wydm! Kiedy wreszcie zeszli na dół okazało się, że kilku z nich „straciło” obuwie. Okazało się, że na skutek kontaktu z gorącym piachem niektóre buty nie wytrzymały i porozklejały się (widać to na zdjęciu). To był nieprawdopodobny test jakości obuwia! Kiedy po tej wspinacze wszyscy łapaliśmy oddech w cieniu „dobrego” drzewa w ciszy obserwowaliśmy przepięknie ubarwioną antylopę Oryx pod sąsiednim drzewem, która idealnie pasowała kolorem do otoczenia. W pewnej chwili to piękne zwierzę powoli przeszło koło naszej grupy by znaleść spokój i odpoczynek pod innym jeszcze bardziej oddalonym drzewem. Oryx może przeżyć bez wody nawet dwa tygodnie natomiast my wszyscy mażyliśmy o zimnym dobrym niemieckim piwie (które jest tu lokalnie produkowane).

Po następnych wielu godzinach jazdy, gdzie krajobraz wrócił do "pustynnej" normy dotarliśmy na wybrzeże Atlantyku w Walvis Bay. Według zapewnień w przewodnikach w zatoce tej przebywa zwykle kilkanaście tysięcy flamingów. Niestety naliczyliśmy ich może tylko od 50 do 100. Krótka jazda i znaleźliśmy się w bardzo niemieckim miasteczku Swakopmund. Dlaczego piszę niemieckim? Bo tak się w nim czuliśmy. Nazwy ulic, hoteli, restauracji typowo niemieckie. Mieszka tu i pracuje bardzo dużo Niemców. Wszystko jest czyste i zadbane. Dobre jedzenie i oczywiście piwo o którym wszyscy marzyliśmy. Same miasteczko jest małe (tylko 45,000 mieszkańców) ale ma sporo atrakcji. Muzeum historyczne, muzeum kamieni szlachetnych, prawdziwe akwarium podobne do tego Toronto, latarnia morska i bardzo wiele dobrej architektury. Część grupy wybrała się na wycieczkę stateczkiem po oceanie. My postanowiliśmy powłóczyć się po miasteczku. W czasie tej wędrówki trafiliśmy na lokalny targ na którym spotkaliśmy sporą grupkę kobiet z plemienia Himba. To plemię ma około 50,000 populacji i zamieszkuje głównie północną Etiopię i Angolę. Ich głównym zajęciem jest hodowla owiec, baranów oraz bydła. Tym zajmują się głównie mężczyźni, którzy spędzają na pastwiskach tygodnie z dala od rodziny. Bogactwo wśród Himba mierzy się ilością posiadanego stada zwierząt. Kobiety głównie zajmują się wychowywaniem dzieci, dbają o domy i często dorabiają sprzedając wyroby rękodzieła i pozując do zdjęć (zwykle za opłatą). Kobiety z tego plemienia są niezwykle fotogenicznie bo są jak kolorowe kwiaty na pustyni. Piszę kolorowe – bo według tradycji są one pokryte grubą warstwą ochry, która nadaje im czerwono brązowy kolor ale również ochra chroni przed słońcem. Ponieważ „panie” są zazwyczaj prawie gołe – ta ochrona (przed słońcem) jest konieczna. W Afryce zawsze był niedobór wody. Dlatego to kobiety Himba, od stuleci „myją” się bez wody. Ich ciało grubo namaszczane ochrą jest również codzienne „okadzane” przez dym by je oczyścić. Podejżewam, że to samo dotyczy włosów bo patrząc na ich bardzo specjalne fryzury, nie myślę że kiedyś były one moczone w wodzie. Wodę mogą używać mężczyźni do mycia, ale nie myślę, że w dużych ilościach. W plemieniu tym panuje wielożeństwo a małżeństwa są aranżowane przez ojców rodziny. Muszę przyznać, że po zrobieniu kilku zdjęć i kupnie kilku pamiątek postanowiliśmy się wycofać by uszanować prywatność „pań” Himba.

W Swakopmund odwiedziliśmy również Kristall Galerie - małe muzeum pokazujące lokalne kamienie półszlachetne oraz wyroby jubilerskie z ich użyciem. Jest ono warte zobaczenia bo daje wyobrażenie o ukrytym pieknie tego kraju. Ze Swakopmund droga zaczęła prowadzić w kierunku Botswany. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze bardzo krótką wizytę w stolicy Namibii – Windhoek a później nocleg. Miasto to mające około 350,000 mieszkańców nie wyróżnia się niczym specjalnym oprócz tego, że praktycznie wszystko co jest produkowane w Namibii jest robione tutaj. Stąd było „tylko” 800 km do następnego miejsca postoju - Maun.


Tekst:            Maciek Czaplinski

Zdjęcia:         Maciek i Agnieszka